Oddział chorób wewnętrznych
- Jun 15
- 7 min read

Artykuł ukazał się w piśmie "Nowy Obywatel".
Szpital jest miejscem urzeczywistniania się socjalistyczno-biblijnej, egalitarnej utopii - połowicznie, bo tylko w grupie pacjentów. Król kładzie się do łóżka nagi - bez rzeczy, bez autorytetu. Istnieje co prawda bardzo wątpliwy system nadawania wybranym statusu vipowskiego, ale w rzeczywistości nie wpływa on znacząco na opiekę.
Pewna elegancka kobieta, w dość dobrej jeszcze kondycji fizycznej, spała na jedwabnej poduszce i odtwarzała na spotifaju Brahmsa. Trudno powiedzieć czy chodziło o bunt przeciwko odebraniu jej kontroli, pogardę i wstręt dla innych chorych, lęk przed śmiercią. Jedwabie szybko zabrudziły się płynami ustrojowymi, duszące perfumy wymieszały z wonią moczu a Brahmsa zagłuszyły jęki bezdomnego pacjenta z sali obok. Przegrała batalię o władzę nad tą wspólną i jednakową dla każdego rzeczywistością ale szybko wyszła. Prawdopodobnie ma jeszcze trochę czasu żeby przygotować się na ostateczną miarę i wagę swojego dobytku i pożegnanie z siłą. Nie pamiętam jak ta kobieta miała na imię, nie nawiązałam z nią relacji, ale z ciekawością ją obserwowałam. Stała się dla mnie jakimś symbolem.
Ciało
Nigdy wcześniej nie dotykałam nagiego ciała zupełnie obcego człowieka. Robiłam kurs przez internet - wątpliwy tryb nauki, ale braki kadrowe są tak duże, że to nie stanowiło problemu. Funkcja opiekuna medycznego to nie są skomplikowane czynności. Małe ryzyko popełnienia śmiertelnego w skutkach błędu, raczej wyłącznie fizyczny wysiłek, ale sypiać zaczęłam dopiero po tygodniu. Pamiętam pierwsze zdania które powiedziała do mnie starsza opiekunka. “Popatrz, pani krwawi z dróg rodnych. Szybko. Musimy założyć nowego pampersa bo zaraz śniadanie.” No to założyłyśmy. Udawałam że to dla mnie chleb powszedni. To była Pani Maria, emerytowana inżynier. Ciągle prosiła o papierosy. Leżała pod tlenem - patowa sytuacja. Sama wtedy paliłam, wiem jak jej tego brakowało.
Maszyna ludzka kiedy kładzie się w łóżku jest w położeniu przeciwko życiu. Im bardziej zawęża się perspektywa - do czterech ścian sali, ruchu gałek ocznych, tym bliżej śmierci. Martwota to brak ruchu, im więcej latniny, harmidru wokół tym więcej życia. Jeden z pacjentów nazywał mnie “muszką”. Jego uwaga skupiała się na biegu w jakim byłam bez ustanku - w opozycji do jego położenia. Z biegiem czasu perspektywa się zawęża. Wszystko odnosi się do rzeczywistości szpitalnej, do tego co dzieje się na tej odizolowanej wyspie. Tu są inne prawa, obyczaje, to inna strefa psychiczna - graniczna.
Szpital jest żałosny, upokarzający, obrzydliwy, piękny i prawdziwy. Powstrzymując się przed wymiotami które wywołują zapach kału, krwi, ropy można jednocześnie dotykać najbardziej ważkich pojęć ontologicznych. Smród chorującego ciała jest mistyczny - może być. W majestacie śmierci wszystko się rozpada, unieważnia, traci wartość.. Thomas de Quincey, który napisał “Ostatnie dni Emmanuela Kanta” uważał, że portretować ludzi należy kiedy się starzeją, bo nie zostaje już czasu i siły na grę w pozory. Kiedy słabną możliwości poznawcze, sypią się wszystkie obudowy, pancerze: klasowe, kulturowe, społeczne. Intelektualne tuzy czasem maleją w mgnieniu oka. To co w zasadzie jest oczywiste i przewidywalne, wywołuje szok. Człowiek u swojego kresu staje goły, zwykły, bezwzględnie równy w swojej marności innym chorym i starym. I wtedy widać właściwie tylko sumę wyrządzonego zła i dobra, pokory lub buty, tego czy się świat uniosło czy nie. Ci lepiej sytuowani mają czasem trochę lepszą opiekę, dodatkowe dyżury pielęgniarskie albo częstszą zmianę pampersa w zamian za obdarowywanie personelu słodkimi tortami, ale odchody ludzkie zawsze śmierdzą tak samo a brak kontroli nad swoim ciałem upokarza i zawstydza każdego bez wyjątku. Każdemu jednakowo zakłada się cewnik i wkłucie dożylne.
Szpitale są wyspami cierpienia w rzeczywistości w której kłamliwie zapewnia się nas że za odpowiednią cenę można się od niego wykupić. Są syntezą prawdy o sobie samym i życiu - miażdżącą. Dorobek cywilizacyjny jest właściwie woalem zakrywającym ostateczną istotę bytu. Życie w zdrowiu jest trwaniem w iluzji i samooszukiwaniem, chroniącym przed okrucieństwem zepchniętej poza świadomość prawdy. Konfrontacja z nią odbywa się często na granicy szaleństwa, jest upokorzeniem.
Adrenalina
To była interna, nie oddział psychiatryczny, ale w powietrzu wisiały obłęd i panika. Jedni zarażali się od drugich. Kadra od pacjentów. Chorobę po prostu ciężko unieść, ciężko zachować jasność umysłu chociaż neurolog nie stawia żadnej diagnozy. Ludzie - zwłaszcza z karetek, przyjeżdżają w szoku. Dramatycznie się boją i cierpią. Różnie sobie z tym radzą, niektórzy biją, plują, bluzgają. Zawsze jest co najmniej jeden taki pacjent na oddziale. Wedle egzystencjalistów, każde cierpienie emocjonalne sprowadza się do lęku przed śmiercią - bojaźni i drżenia. Tkwiący w podświadomości strach przed roztrwonieniem życia, zniweczeniem go można uznać za przyczynę wszelkich zaburzeń psychicznych. Lęk tanatyczny to jedno. Szpital jest instytucją totalną. Ręka podniesiona na pielęgniarkę, może być wyrazem braku zgody na proceduralne ubezwłasnowolnienie. Zniesione są tu wszelkie hierarchie obowiązujące na zewnątrz. Zastępuje je hierarchia władzy nad życiem. Kolejno najpierw ustawia się lekarzy jako posiadających największą sprawczość, a następnie - wedle sprawczości właśnie, reszta kadry medycznej, potem wielka przepaść i pacjenci - władzy i siły niemalże kompletnie pozbawieni. Szpital sankcjonuje tę stratę, jest nią napędzany. Stanowi ona usprawiedliwienie jego istnienia i potwierdza zasadności panujących reguł.

Każdy oddział szpitalny jest osobnym organizmem - chorym. Ciało medyczne: pielęgniarskie, lekarskie, opiekuńcze, krąży wokół łóżek pacjentów jak krew wokół toczonych chorobą organów. Właściwie choruje cały budynek. Chore jest powietrze i cała aparatura. I tak od dyżuru do dyżuru choruje każdy kto przekroczy próg szpitala. To się po prostu jakoś chłonie. Dopóki się tam jest, dopóki czuje się ten zapach.
Anormalne funkcjonowanie uzasadnia uzależnienie od adrenaliny. Połowa opiekunów mówi, że jest tu na jakiś czas, że nie da rady tak pracować do końca życia, kręgosłup nie wytrzyma. Ja przeciążenie czułam jeszcze miesiąc po odejściu z pracy. Pacjenci mi mówili ”dziecko, zawołaj kogoś, przecież ty masz rączki jak gałązki”. Chciałabym nie mieć, ale takie rzeczywiście mam. Nie dawałam rady z pacjentami którzy ważyli dwa, trzy razy tyle co ja. Na adrenalinie człowiek może naprawdę dużo - oczywiście do czasu. I dlatego to się jakoś kręci. Albo się tam idzie pracować już od niej uzależnionym albo to przychodzi w trakcie. Może nie każdemu, ale to powszechne.
W dniu kiedy przyjechałam do kadr podpisać umowę, zatrudniano młodego chłopaka. Wyglądał jak przerośnięty maturzysta. Był w moim wieku. Zaprzyjaźniliśmy się. Jeździłam z nim potem do poradni odwykowej, szukałam ośrodków zamkniętych. Opowiadał jak było na detoksie, kogo poznał, że kolegę Chady, mokotowskich. Ciągle coś opowiadał, był pogodny, trochę dziecinny. Na oddziale były pacjentki urodzone jeszcze przed wojną. Nie mieściło im się w głowie że będzie je dotykał młody chłopak. Być może to był tylko wstyd, ale mogły to być też traumy okupacyjne. Hela jak tylko widziała, że Mateusz się zbliża wrzeszczała: “wynoś się gnoju, won”. W końcu oddziałowa kategorycznie zakazała mu wchodzenia na jej salę. Któregoś dnia mi powiedział “a wiesz, jak cię nie było to Hela mnie zawołała i przytuliła”. Ciężko było się na niego gniewać, nie lubić go. Nie wiem czy najpierw były narkotyki czy szpital, ale to się świetnie uzupełnia. To wszystko co dzieje się w szpitalu może zastępować używki - albo odwrotnie. Pracownicy nie mają wsparcia psychologicznego, nie są uczeni strategii radzenia sobie ze stresem. Kiedy byłam zatrudniana w marcu 2024 roku nie musiałam przedstawiać ani zaświadczeń ani o niekaralności, ani o niefigurowania w rejestrze przestępców seksualnych (okazanie takich dokumentów jest konieczne do podjęcia pracy np. w bibliotece). Taki stan rzeczy ukazuje zasadniczy problem: braku ludzi. Kiedyś w windzie jedna pielęgniarka powiedziała mi, że dojeżdża z lubelskiego - pracowałyśmy w Warszawie.
Hierarchie
Pracownicy funkcjonują w systemie konserwatywnej hierarchii, która nosi znamiona być może pańszczyźnianej jeszcze przemocy. Zwierzchność przy okazji służy wentylowaniu psychiki z frustracji i zmęczenia.
Kadra niższego stopnia nie ma przywileju prowadzenia rozmów z pacjentami. Tylko zwięzłe treści, czasem przemycane półuśmiechy i współczujące spojrzenia. Łatwo zostać oskarżonym o miganie się od obowiązków, opóźnianie pracy, działanie na niekorzyść ogółu. Czas dla chorych jest reglamentowany. Lekarzy zazwyczaj zna się z imienia i nazwiska, pielęgniarki i opiekunki czasem z imienia - jak się usłyszy albo zapyta. Do obowiązku lekarza należy prowadzenie empatycznego dialogu z pacjentem, do obowiązku kadry niższej - nie. Nie ma na to czasu. Kiedy pacjent mówi po imieniu to nobilitacja. Nigdy nie czułam się tak szanowana za wykonywaną pracę jak wtedy kiedy pacjenci żegnali się ze mną gdy kończyłam dyżur. Po imieniu. Wychodziłam tylnymi drzwiami i słyszałam zza pleców jak pacjentka woła: “do widzenia pani Małgosiu!”. Ona dalej w szlafroku, ponuro zaciąga się papierosem, ja już po cywilnemu, wracam do świata zdrowych, ale wciąż czuję działanie adrenaliny, dopaminy, endorfiny. Już za ogrodzeniem robi się tak lekko, życie jest proste, problemy wcześniej poważne - trywialne. Ta praca ustawia obserwatora w szlachetnym dystansie. To nie tylko zmiana perspektywy, ale chemia mózgu - triada szczęścia. Wydzielające się podczas dyżurów hormony często przesądzają o pozostaniu w zawodzie pomagają znieść więcej i więcej, pracować na drugi etat, wytrzymać poniżanie.
Pierwszego dnia przyszłam za pięć siódma na dyżur a o siódmej dziesięć, po ekspresowej rozmowie z oddziałową, poszłyśmy z Władzią na sale robić swoje. Władzia miała ze sto pięćdziesiąt centymetrów wzrostu i mniej więcej tyle samo kilometrów pokonywała w drodze do pracy. Twarda baba, z silnym temperamentem i pogodą ducha. Przedsiębiorcza - nie mogła się oduczyć oszczędzania na rękawiczkach, za co regularnie dostawała reprymendy od pielęgniarek. To chyba było silniejsze od niej. Mówiła że bardzo wcześnie musiała zacząć pracować, że w domu było sporo gęb do wykarmienia, bieda. Jedni ją kochali za to że przytuliła, potrzymała za rękę, pocieszyła inni kompletnie nie tolerowali i wnosili skargi na “rażące nieprzestrzeganie procedur higieny i niestosowne uwagi” Dawno by przez to wyleciała, ale nie było nikogo na jej miejsce. Największą kosę miała z łapowkarzami, z pacjentami, których rodziny obdarowywały pielęgniarki prezentami, albo po prostu z tymi po których na pierwszy rzut oka widać było pozycję. Nie uznawała podziałów na lepszych i gorszych i bardzo mi tym imponowała. Miała swoją godność klasową i chociaż czasem trochę przesadzała to trzymałam jej front.
Minął rok ale dalej pamiętam imiona pacjentów. Olę, dwa lata starszą ode mnie, chorowała na marskość wątroby. Nie miała już nawet zębów jak woziłam ją na gastroskopię. Pana Krzysztofa, emerytowanego kompozytora. Bardzo cierpiał, miał martwicę, owrzodzenia. Jasię, Anielcię, Piotrka. Wszyscy nie żyją. W ciągu dwóch miesięcy umarło osiem osób.
Największym ciężarem tej pracy są wydarzenia pozamedyczne. Inżynieryjny punkt widzenia nauki w zderzeniu z nagłą emanacją lęków tkwiących w podświadomości, doprowadza do wielu klęsk komunikacyjnych. Szpital jest punktem kontrolnym, czasem ostatnim, zazwyczaj pobyt tam ma znaczenie fundamentalne, strategiczne z perspektywy ogółu życia człowieka. Śmierć jest paroksyzmem życia jak pisał de Chardin. Szpital jest kondensacją prawdy i istoty trwania. W mgnieniu oka okazuje się że środowiska, klasy są sztuczne, poglądy polityczne są sztuczne, maniery, tytuły, wiedza - to ostatecznie jest wszystko nic nie warte i zmyślone. Jak się już człowiek tego wyzbędzie, jak to uleci, jak się położy w białej pościeli, to zostaje tylko spojrzenie i to co jest w oczach. Rdzeń, prawda.
Imiona zostały zmienione ze względu na ochronę prywatności.



Comments